18 kwietnia

PODCAST: Najciekawsze eksperymenty w historii psychologii

Psychologia bez eksperymentów nie mogłaby istnieć. Pozwalają nam one sprawdzić w rzeczywistości wpływ różnych zmiennych na zachowanie ludzi lub zwierząt. Eksperymenty wzbudzają jednocześnie ekscytację i wątpliwości natury etycznej, w szczególności te, które zostały przeprowadzone już dosyć dawno.

W najnowszym odcinku podkastu opowiadam o małpkach Harlowa, Małym Albercie, a także o głośnym eksperymencie Rosenhana. Dowiecie się także, jak ważne jest dla nas poczucie kontroli nad własnym życiem. Podkast jest już dostępny na wszystkich platformach streamingowych. Zapraszam!




Trankrypcja:

Witajcie serdecznie w dziewiątym już odcinku podkastu. Po raz pierwszy nagrywam dla Was „na zapas”, ale wynika to z tego, że w ten weekend przyjeżdża do Wrocławia współautorka Szczerze Mówiąc i będziemy robiły super rzeczy, również związane z podkastem i naszym blogiem. Skoro już jesteśmy przy tym temacie, to zachęcam Was do zajrzenia na szczerze-mowiac.pl, gdzie możecie przeczytać ciekawe artykuły napisane w większości przez Monikę, dotyczące psychologii i nie tylko, bo teraz ja więcej gadam, a ona wiecej pisze. Link znajdziecie w opisie odcinka.

Przejdźmy do tematu. Dzisiaj będzie dosyć historycznie, a ma to związek z tygodniem z najciekawszymi psychologicznymi eksperymentami, który właśnie miał miejsce na naszym instagramie. W wersji mówionej część eksperymentów będzie całkiem inna, niż na instagramie, a część się powtórzy, ale omówię je dokładniej, niż robiłyśmy to we wpisach. Jeszcze tylko słowem wstępu dodam, że na pierwszym roku studiów uwielbiałam wprost przedmiot, jakim była historia psychologii, więc jeżeli macie ochotę posłuchać więcej podcastów w tym temacie, na przykład o początkach leczenia chorób psychicznych i o tym, jak wyglądały pierwsze szpitale psychiatryczne, to z przyjemnością sprodukuję tego więcej.

Eksperymenty, o których dzisiaj będę opowiadać były przełomowe dla rozwoju psychologii, ale jednocześnie każdy z nich wydarzył się dosyć dawno i proszę Was, abyście zwrócili uwagę na to, że teraz mamy inne standardy etyczne podczas projektowania i przeprowadzania badań eksperymentalnych. Także z jednej strony doceniam aspekt rozwijania nauki, ale z drugiej jest mi zwyczajnie po ludzku trudno pogodzić się z narażeniem badanych osób lub zwierząt na stres czy cierpienie.

I tak jest właśnie m. in. w pierwszym esperymencie, który został przeprowadzony w 1958 na małpich niemowlakach, a dokładniej na makakach królewskich. Zwierzątka zostały oddzielone od swoich biologicznych matek i podzielone na dwie grupy po osiem małpek w każdej. Badacz przygotował dla niemowląt dwie matki zastępcze. Jedna z nich była pokryta pluszowym materiałem i ciepła dzieki umieszczonej wewnątrz żarówce, druga była dokładnie taka sama poza jednym elementem – nie była pokryta przyjemnym materiałem, dlatego od teraz będziemy nazywać ją drucianą matką. Jeżeli macie ochotę sprawdzić, jak wyglądały kukiełki (bo chyba można to w ten sposób nazwać) to zajrzyjcie na mojego instagama, dodawałam ich zdjęcie w poniedziałkowym poście. Celem eksperymentu było oddzielenie wpływu karmienia piersią od wpływu dotyku na rozwój niemowlęcia. Aby spełnić to założenie małpki z pierwszej grupy były karmione przez matkę pluszową, a te z drugiej, przez matkę drucianą. Wyniki były jasne: wszystkie małpki wolały spędzać czas przytulone do pluszowej matki, niezależnie od tego, od której dostawały pożywienie. Nawet makaki, które karmione były przez drucianą matkę, opuszczały tę pluszową tylko na czas karmienia. Również kiedy małpki zostały celowo przestraszone, np. dużą i głośną zabawką, to każda z nich uciekała do matki pluszowej. Po ukończeniu 6 miesięcy małpki mogły być karmione już pokarmem stałym i wtedy oddzielano je od matek nawet na miesiąc. Kiedy dopuszczano do ponownego spotkania, małpki przywierały do pluszowej matki, wspinały się po niej, a nawet próbowały zainicjować zabawę. Podczas kolejnych eksperymentów Harlow sprawdził, czy dla małpek ważniejsze okaże się przywiązanie do matki, czy odrzucenie z jej strony. Skonstruował matki, które na różny sposób okazywały odrzucenie dla swoich podopiecznych, na przykład wysuwały się z nich co jakiś czas tępe kolce, które strącały małpki. Reakcja małpek była dosyć zaskakująca, ponieważ ponownie przytulały się do matki, kiedy tylko kolce schowały się. Możemy to w pewnym stopniu przełożyć na zachowanie dzieci, które są mocno przywiązane do maltretującego ich rodzica. Eksperyment Harlowa na małpkach był okrutny i na pewno nie pozostał bez echa na psychice zwierząt biorących w nim udział. Z drugiej strony dał ludziom realne wskazówki dotyczące potrzeb małego dziecka. Sami pomyślcie, ile razy słyszeliście słowa kierowane do młodych rodziców „nie noś, bo przyzwyczaisz”. Dotyk ma ogromne znaczenie dla naszego rozwoju i jest ważny nie tylko w okresie dziecięcem.

MAŁY ALBERT

Zostaniemy nadal przy tematach związanych z dziećmi, ale cofniemy się nieco w czasie do 1920 roku, kiedy to Watson przeprowadził z asystentką Rosalie Reyner eksperyment na małym Albercie. Na marginesie tylko dodam całej historii szczyptę pikanterii, ponieważ za romans z tą właśnie asystentką Watson wyleciał z Jons Hopkins University, gdzie był profesorem. Ponad sto lat temu, jeżeli chciało się być psychologiem, nie dało się poszaleć, jeżeli chodzi wybór nurtu, bo w zasadzie istniał wtedy Zygmunt Freud i zaczynał raczkować behawioryzm. Pionierów behawioryzmu było dwóch: Watson i Pawłow. Oczywiście pracowali całkowicie niezależnie od siebie. Myślę, że każdy z was kiedyś słyszał o psach Pawłowa śliniących się na dźwięk dzwonka, dlatego skupimy się na Watsonie i jego najbardziej znanym eksperymencie. Zacznę może od zacytowania słów Watsona z 1913 roku „Dajcie mi tuzin zdrowych niemoląt, prawidłowo rozwiniętych, i pozwólcie mi wychować je w moim własnym, specjalnym świecie, a gwarantuję, że mogę losowo wybrać jedno z nich i wyszkolić je na dowolnego specjalistę: lekarza, prawnika, artystę, kupca i, tak, na żebraka lub złodzieja”. Już po tych słowach możecie się domyśleć, że behawioryści w dyskusji geny czy środowisko stawiali twardo na środowisko. Teoretyczną podstawą tego głośnego eksperymentu było założenie, że wielokrotne skojarzenie początkowo neutralnego zwierzęcia, np szczura, ze strachem sprawi, że zaczniemy bać się szczura. Do eksperymentu wykorzystano 11-miesięcznego chłopca, którego nazwano Małym Albertem. Mały Albert był sierotą wychowywaną w szpitalu, został oceniony jako zdrowy. Najpierw sprawdzono, czy chłopiec wykazuje jakiekolwiek oznaki lęku podczas zetknięcia z białym szczurem, królikiem, psem, małpką, białą włóczką i maskami zakładanymi przez badaczy na twarz. Okazało się, że chłopiec jest zainteresowany każdą z tych rzeczy i nie boi się ich. Następnie spawdzono, czy dziecko przestraszy się głośnego dźwieku zrobiono to uderzając młotkiem w dwumetrowy pręt. Oczywiście dziecko przestraszyło się i w efekcie zaczęło płakać. Rozpoczęto w takim razie procedurę warunkowania – pokazywano dziecku szczura, a kiedy wyciągało ono rączki w kierunku zwierzaka, wywoływano głośny dźwięk. Powtarzano to siedmiokrotnie w kilkudniowych odstępach. Po tym czasie pokazano chłopcu szczura już bez strasznego dźwięku, na co chłopiec zaczął płakać i uciekać. Uwarunkowano u niego strach przed zwierzęciem, które jeszcze niedawno wzbudzało co najwyżej ciekawość. Niestety okazało się, że strach przed szczurem uległ generalizacji na inne białe i puszyste zwierzątka, na przykład królika, psa, ale także kłębek białej włóczki i maskę Mikołaja. Chłopiec niebawem opuścił szpital, ponieważ został adoptowany i nie wiadomo, czy kiedykolwiek został odwarunkowany, czyli „oduczony” strachu przez puszystymi przedmiotami. Do końca nie wiadomo, co stało się z Albertem po opuszczeniu szpitala. Istnieją na ten temat dwie hipotezy. Pierwsza z nich mówi, że chłopiec nazywał się tak naprawdę Douglas Meritte i cierpiał na wodogłowie w wyniku którego zmarł w 1925 roku. Natomiast druga hipoteza głosi, że chłopiec w rzeczywistości nazywał sie William Berger. Chłopiec ten rzeczywiście był nazywany przez rodzinę Albertem, a jego siostrzenica wspominała o jego strachem przed zwierzętami. William Berger zmarł w wieku 87 lat. Sami musicie przyznać, że przykro słucha się tej historii i bardzo szkoda małego Alberta. Możemy pocieszyć się tym, że w aktualnych czasach żadna komisja etyki sprawdzajaca badania psychologiczne nie zgodziłaby się na taki eksperyment.

SPRAWOWANIE KONTROLI

Przejdźmy teraz może do weselszego esperymentu, w wyniku którego o dziwo nikt nie ucierpiał i nie jest on aż tak szokujący i przełomowy, ale pokazuje nam bardzo ważne wnioski, które możemy wykorzystać w codziennym życiu. Wszyscy lubimy mieć kontrolę. I niekoniecznie chodzi o posiadanie kontroli nad osobami dookoła, ale o nawet najprostsze rzeczy, które dotyczą nas samych. Eksperyment przeprowadzony w 1974r. w domu opieki dla seniorów w Connecticut miał na celu sprawdzenie, czy umożliwienie pensjonariuszom sprawowania kontroli podniesie ich zadowolenie z życia i aktywność. Mieszkańcy owego domu spokojnej starości byli w podobnym stanie zdrowia oraz pochodzili z podobnych środowisk. Dom składał się z czterech pięter, a w eksperymencie wzięli udział pacjenci losowo wybranych dwóch kondygnacji. Dyrektor domu spotkał się z obiema grupami pacjentów. Podczas zebrania z pacjentami z grupy eksperymentalnej powiedział, że ustawienie mebli w pokojach jest indywidualną sprawą każdego pacjenta, a dodatkowo mogą zabrać do swojego pokoju wybraną roślinę i opiekować się nią. Wszyscy seniorzy skorzystali z tej możliwości i każdy wybrał roślinkę, która mu się podobała. Ostatnim ogłoszeniem była możliwość wzięcia udziału w projekcji filmowej – uczestnikom pozwolono wybrać, w którym terminie i czy w ogóle chcą wziąć udział w wydarzeniu. Następnie nastąpiło spotkanie z grupą kontrolną, które przebiegało podobnie, pominięta została jednak informacja o możliwości przeorganizowania przestrzeni w pokoju, każdemu pacjentomi został przydzielony kwiatek, ale jednocześnie otrzymali oni informację, że będzie o nie dbał personel, ogłoszono również planowaną projekcję filmu i poinformowano, który senior kiedy ma wziąć w nim udział. Niby drobne różnice, ale spójrzmy, jakie były wyniki. Mieszkańcy będący w grupie o zwiększonej kontroli nad swoim otoczeniem wykazali w późniejszej ankiecie większe zadowolenie ze swojego życia, personel zaobserwował również, że osoby te są bardziej aktywne i częściej się odwiedzają. Myślę, że wyniki tego eksperymentu powinny mieć ogromne znaczenie dla osób opiekujących się dziećmi, osobami niepełnosprawnymi i seniorami, bo to właśnie te grupy często mają zmniejszoną możliwość kontroli nad własnym otoczeniem. Jak widzicie wystarczą naprawdę minimalne zmiany, aby samopoczucie takich osób istotnie wzrosło. Także następnym razem pozwólcie dziecku założyć tę bluzkę, którą ono wybrało, nawet jeżeli kolor niekoniecznie pasuje do spodni.

ROSENHAN

Ostatnie badanie to dla mnie wisienka na eksperymentalnym torcie i przy okazji wbicie kija w mrowisko, bo jest to eksperyment z bardzo ciekawymi i dającymi do myślenia wynikami. Jest rok 1973 i Rosenhan postanawia wysłać do szpitali psychiatrycznych osiem całkiem zdrowych psychicznie osób w celu sprawdzenia, czy personel odkryje, że tak naprawdę nie są one chore. Może zacznę od nakreślenia jakiegoś wstępu teoretycznego, kiedy tak w ogóle można zdiagnozować u kogoś chorobę psychiczną. Jak się domyślacie, postawienie takiej diagnozy nie jest wcaale łatwe, ponieważ nie ma jednej wyraźnej granicy między normą a chorobą, na przykład każdy z nas odczuwa jakiś poziom lęku i niedobrze jest mieć go za dużo, ale źle też, jeżeli ktoś nie odczuwa go w ogóle. Tylko w jaki sposób określić, czy ten poziom lęku jest już wystarczająco wysoki, aby stwierdzić u kogoś zaburzenie emocjonalne? Nie mamy jeszcze żadnego narzędzia pokazującego nam obiektywnie poziom emocji danego człowieka, nie wymyślono żadnego tomografu do uczuć, ani nie możemy pobrać krwi i na podstawie jej parametrów określić obiektywne wskaźniki, także posiłkujemy się tutaj relacjami pacjenta, obserwujemy jego zachowanie, jeżeli jest taka potrzeba i możliwość możemy porozmawiać z bliską mu osobą. Także przy diagnozowaniu wychodzi się raczej z założenia, że pacjent mówi o swoich odczuciach prawdę, bo to dla nas najistotniejsze źródło informacji. No więc wracajac do eksperymentu osiem badanych osób (w tym również sam Rosenhan) pojawiło się w kilku różnych szpitalach i relacjonowało doświadczanie głosów – zostali oni wcześniej poinstruowani, co dokładnie mają mówić. Wszyscy pacjenci zostali przyjęci do szpitali psychiatrycznych z diagnozą schizofrenii. Podczas przebywania na oddziałach pseudopacjenci nie wykazywali już żadnych objawów choroby psychicznej, zachowywali się spokojnie, udawali, że biorą leki oraz wypełniali polecenia personelu. W trakcie hospitalizacji wszystkie te osoby sporządzały notatki, jednak nie wzbudziło to podejrzeń personelu. Ostatecznie pseudopacjenci byli hospitalizowani od 7 do 52 dni. Co ciekawe inni pacjenci zauważali, że coś jest nie tak i podejrzewali, że są oni dziennikarzami, którzy pojawili się, aby sprawdzić funkcjonowanie szpitala. Wszyscy pseudopacjenci zostali ostatecznie wypisani z diagnozą schizofrenii w remisji. No i teraz mogliście sobie pomyśleć, że w takim razie bez sensu chodzić do psychiatry albo psychologa, może wcale nie mam żadnego zaburzenia a wpiszą mi cokolwiek. No nieprawda. Patrząc z mojej perspektywy jako psychologa pracującego w ochronie zdrowia, to kiedy przychodzi do mnie pacjent i relacjonuje doświadczanie trudnych dla niego objawów, to zakładam, że rzeczywiście tak jest. Gdybyśmy zawsze wychodzili z założenia, że „ej na pewno jakiś śmieszek Rosenhan podstawił mi tę pacjentkę”, to co chwilę wzbudzalibyśmy sami w sobie podejrzenia, czy aby na pewno jest ona wystarczająco przekonująca. No też nie tędy droga. Jednak poszedł nią pewnien szpital, gdzie personel uznał, że nie ma opcji, aby u nich zadziała się podobna sytuacja. Rosenhan zapowiedział, że w takim razie w ciągu najbliższych trzech miesięcy wyśle do nich pseudopacjentów, aby sprawdzić, czy mieli rację. W tym czasie aż 41 pacjentów zostało uznanych za podesłanych przez Rosenhana przez conajmniej jedną osobę z personelu. Co najlepsze, badacz nie podstawił ani jednego pseudopacjenta do tej placówki. Oczywiście badanie to spotkało się z krytyką, z którą ja również się zgadzam i trochę już powiedziałam o tym wcześniej. Spitzer podkreśla, że przeprowadzony w ten sposób eksperyment nie unieważnia znaczenia i wartości diagnozy chorób psychicznych. W końcu pacjenci przyjmowani byli do szpitala na podstawie wywiadu ustnego i skoro relacjonowali dokładnie, jakich objawów doświadczają, to w zasadzie czemu mianoby im nie uwierzyć. W zasadzie po co ktoś miałby kłamać, aby zostać umieszczonym w szpitalu psychiatrycznym, kiedy nic mu nie jest. A to, że pacjenci nie wykazywali żadnych objawów w trakcie pobytu na oddziałach? No cóż, przebieg zaburzeń psychicznych zawiera w sobie zarówno okresy zaostrzenia, jak i okresy remisji i jest to naturalne. Warto też wspomnieć o tym, że każdy z tych pacjentów udawał, że bierze leki – można było wnioskować, że wcześniej leki były brane nieregularnie lub w ogóle i stąd pojawiło się ustabilizowanie stanu zdrowia. Mimo wszelkich zastrzeżeń nadal jest to mój ulubiony eksperyment i na pewno sprawia, że ma się motywację do zachowania większej czujności w trakcie rozmów z pacjentami.

To było już ostatnie badanie w tym podkaście. Dajcie koniecznie znać, czy taka forma podkastu była dla Was interesująca i który z eksperymentów zrobił na was największe wrażenie. Do usłyszenia za tydzień!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2014 Szczerze Mówiąc , Blogger